sobota, 28 września 2013

05. Touch


    Weszliśmy do luksusowej restauracji, wnętrze było urządzone bardzo wykwintnie, a ściany zdobiły obrazy, które zostały namalowane w nowoczesny sposób. Kiedy przekroczyłam mury tego budynku, byłam pod dużym wrażeniem. W moich oczach pojawiły się płomyki szczęścia. Nigdy nie przypuszczałabym, że to właśnie Michał zabierze mnie w takie miejsce. Ostatni raz poczułam się tak wyjątkowo, kiedy Bartek zabrał mnie na górę blisko Bełchatowa i tam spędziłam swoje najlepsze urodziny w życiu.

- Wiesz, że jesteś niemożliwy Michał? – spojrzałam się czule w kierunku siatkarza, a on posłał mi ciepły uśmiech, który ostatnio był praktycznie niezauważalny na twarzy tego mężczyzny.
- Chcę ci pokazać jak ważną osobą stałaś się w naszym życiu. Może to głupie, bo znamy się krótko, ale…Dziękuję ci za wszystko – dotknął bardzo lekko mojej rozgrzanej dłoni, po czym musnął ją delikatnie wargami.
- Oliwier ci kazał, prawda? – zapytałam z nutą ironii w głosie, gdyż wiedziałam, że Michał sam na taki pomysł by nie wpadł. Upiłam dwa łyki białego wina, po czym zatraciłam się ponownie w błękitnym, ciepłym spojrzeniu Winiarskiego.
- Po części, ale i tak chciałem spędzić z tobą trochę więcej czasu. Ciągle mam treningi, za niedługo wyjeżdżamy do Spały i nie będziemy się widywać. Oliwier pojedzie do babci, a obozy w Spale nie należą do najłatwiejszych.
- Czytałam o tym trochę. Zaintrygowały mnie te włoskie zasady Anastasiego.
- Przeraziłaś mnie trochę. Andrea to naprawdę dobry trener, ale od niektórych wymaga trochę więcej, czasami faworyzuje.
- I boisz się, że cię wywali?
- Nie. Ma do mnie szczególny sentyment, ale ostatnie kilka miesięcy nie były dla mnie łatwe. Borykałem się ze śmiercią Dagmary, a potem jeszcze doszły do tego moje problemy z kręgosłupem i mam wrażenie, że z każdym tygodniem jest coraz gorzej.
- Byłeś z tym u lekarza mam nadzieję?
- Naturalnie. Każdego miesiąca mamy różne badania, kontrole, a przed Ligą Światową zapewne kolejne. Chodzę na różne zabiegi, faszeruję się różnymi lekami, ale prawda jest taka, że już nie jestem taki młody.
- Michał, a powiedział ci ktoś, że jesteś popieprzony? – spojrzałam się groźnie na siatkarza, po czym głęboko się zastanowiłam nad tymi ostatnimi słowami. Byłam niewiele młodsza od mężczyzny, więc uznałam to za lekką obrazę. – Pewnie powiesz, że nie, więc ja to powiem. Michał Winiarski jest popieprzonym kretynem. Jeśli jesteś stary, to ja umiem tańczyć i śpiewać.
- No to chodźmy się przekonać. - poczułam jak Michał mocno przyciąga mnie do siebie. Czułam jego oddech na twarzy, ciepło, które biło od jego umięśnionego ciała. Dotykał mojej talii, błądził dłońmi po moich gołych plecach. Złączyliśmy się w dość zwariowanym tańcu, który sprawiał mi wiele satysfakcji. Szatyn był doskonałym partnerem, więc dzięki niemu mogłam zapomnieć o tej głupiej rutynie, pieprzonej rzeczywistości, która z każdym dniem mnie dobijała. – Czyli jestem stary. Już teraz nie zaprzeczysz. – Uśmiechnęłam się szczerze do Michała, po czym oparłam delikatnie głowę na jego ramieniu i dalej delektowałam się tą wolnością podczas naszego tańca.

Tydzień później...


    No jasne. Dzień trzynasty kwietnia był, jest i będzie najgorszym dniem w roku. Wtedy na świat przyszła mała, drobna dziewczynka o imieniu Majka. Tak, to musiał być straszny dzień. Rozpoczęłam swój dzień dziwnym monologiem, który miał mnie chyba jeszcze bardziej dobić. Otworzyłam wielkie okno, po czym zaczerpnęłam trochę chłodnego, rześkiego powietrza. Podążyłam w stronę łazienki, wykonałam wszystkie niezbędne czynności przed wyjściem do pracy i przegryzłam pączka z zeszłego dnia, gdyż nie chciało mi się robić niczego do jedzenia, gdyż dokładnie sześć godzin temu trudziłam się, aby wyczyścić kuchenkę za czasów II wojny światowej. Nocne rewolucje Winiarskich to naprawdę był zły pomysł. Michał chciał mi się pochwalić, że coraz lepiej radzi sobie w fachu kulinarnym. Miał przyrządzić wraz z Oliwierem pieczeń z kurczaka w sosie winnym. Cóż...Ta umiejętność nie wyszła im obu. Danie zaczęli przygotowywać koło godziny dziewiętnastej, a zakończyli o godzinie dwudziestej czwartej z poślizgiem, czyli spalony kurczak, a zapiekane ziemniaki w piekarniku wręcz spłonęły żywym ogniem. Morał z tego prosty - nigdy nie pozwól Winiarskim dobrać się do twojej kuchni.


   Przekraczając próg Energii poczułam ciepło, które z szybkością światła obiło się o moje ciało. To nic, że w kwietniu był śnieg. To naprawdę nic w porównaniu z tym, co było bodajże siedem lat temu. Omijając ten temat, gdy szłam w stronę szatni zauważyłam Zatorskiego stojącego przy dużej kolumnie, ubrany był w strój treningowy, spojrzał na mnie ukradkiem, ale szybko odwrócił swój wzrok.

- Halo? Paweł, to ja. Majka. Ziemia do Zatora - podeszłam do niego, po czym zaczęłam mu machać dłońmi przed oczami.
- Nikogo nie widzę, lalala - z ignorancją przyjął moją próbę zaczepki i żwawym krokiem podążył w stronę hali sportowej, gdzie prawdopodobnie odbywał się trening przed ostatnimi rozgrywkami w tym sezonie.
Jasne, piątek trzynastego. Majkę spotka pech.
 Weszłam na parkiet sali, po czym skierowałam się do "kantorka", gdzie siedział redaktor naczelny oraz Nawrocki. Mieli przedyskutować sprawę dotyczącą mojego dalszego stażu w gazecie. Szczerze mówiąc to znudziło mnie pisanie wyłącznie dla lokalnego brukowca. Mierzyłam sobie o wiele wyżej i chciałam coraz więcej. Cieszyło mnie przede wszystkim to, że miałam już jakieś doświadczenie wcześniej. Pewnie teraz nie byłoby mnie tutaj, tylko usługiwałabym wszystkim szychą w tym biznesie, przynosząc im kawę oraz lunch. Zarabiałabym tylko grosze, a teraz dzięki tej pracy jestem spełniona zawodowo. Przynajmniej po części. Sprawnym, szykownym krokiem podążyłam w stronę tego małego pomieszczenia. Odgarnęłam nerwowo włosy i zapukałam w drzwi.
- Mogę?
- Pewnie, wchodź.
- Miałam dzisiaj się stawić, bo mieliście zdecydować co dalej z moim stażem w gazecie.
- A tak. Faktycznie. Mamy dla pani niezbyt dobrą wiadomość.
- Jaką?
- Pani ostatni artykuł okazał się kompletną porażką, przepraszamy panno Kuligowska, ale musimy panią zwolnić - tak właśnie, wtedy najwyraźniej za dużo myślałam. Moje serce stanęło, a powoli nogi odmawiały posłuszeństwa, tak jakby miały zaraz się złamać na kilka mniejszych części. Przełknęłam ciężko ślinę, odwróciłam się na pięcie i trzasnęłam drzwiami jak najgłośniej się dało.  

Maja jest bezrobotna, znowu na lodzie. Bez Bartka. Bez nikogo.


 Skierowałam się do kiosku na przeciwko wejścia do hali, po czym zakupiłam niebieskie Marlboro. Wydałam swoje pieniądze na obiad, jednak w tym momencie było mi wszystko jedno. Do Winiarskiego nie chciało mi się dzwonić z pretensjami, bo wiedziałam, że on i tak ma urwanie głowy z Oliwierem. Po za nim nie miałam w Bełchatowie nikogo, komu mogłabym się wyżalić. Wzięłam jednego papierosa do ust, zaciągnęłam się i powoli delektowałam się tą paskudną używką, od której prawie się uwolniłam.

- Miałaś nie palić - usłyszałam jego głos. No właśnie ten specyficzny, ciepły ton.
- Nie jesteś moim ojcem. Co za idiota - poczułam jak siatkarz zbliża się do mnie. Chwycił mojego papierosa i złamał go na pół.
- Może jeszcze tego nie wiesz, ale będę dla ciebie wszystkim.

I znowu odszedł. Czy tylko to potrafił?


  Byłam pod swoim domem. Spojrzałam na tę starą budowlę i przetarłam oczy, aby pozbyć się resztek łez. Czemu nigdy nie mogło się układać po mojej myśli? Chciałam być tylko szczęśliwą kobietą, która będzie cieszyła się ze swojego życia tak, jak każdy inny człowiek. Nagle zauważyłam pod drzwiami małego kotka, który drapie pazurkami o starą drewnianą futrynę. Podeszłam do niego niepewnym krokiem i przykucnęłam przy nim. O dziwo nie uciekł, ale zaprzestał wykonywania swojej czynności i popatrzył się na mnie swoimi błękitnymi oczami. Wyciągnęłam do niego dłoń, podszedł po czym zaczął ją leciutko lizać.

- Też jesteś sam, nie? Zmienię to. Nazwę cię "Lucky". Nigdy już nie będziesz samotny - wzięłam na ręce nowego członka rodziny, po czym weszłam z nim do domu. Skierowałam się do kuchni i nalałam mu do szklanej miseczki trochę mleka. Widać też było, że głód mu towarzyszył, bo z zainteresowaniem krążył wokół lodówki. Na szczęście sklep zoologiczny był tuż za rogiem, więc mogłam szybko tam pobiec i przynieść mu karmę, a przy okazji zaopatrzyć się w kuwetę, żwirek i jakąś drobną zabawkę. Po drodze poczułam, że mój telefon za wibrował. Dostałam SMSa.


Cześć, dzisiaj bądź w Trentino o 21. Pod łóżkiem czeka na Ciebie niespodzianka. 

  SMS od tajemniczego nadawcy. Tego bym się nie spodziewała, może chociaż to będzie jedyna dobra rzecz, która spotka mnie tego dnia. Kiedy wróciłam ze sklepu, szybko dałam jeść kotu, a sama popędziłam pędem na górę. Zajrzałam pod łóżko, po czym wyjęłam wielkie pudełko z napisem "Givenschy" i je otworzyłam. Zauważyłam tam piękną, kremową sukienkę do kolan z wykrojonymi plecami i bokami. Odkrywała dużo ciała, ale wyglądało to seksownie, a nie wulgarnie. Pod ubraniem było jeszcze pudełko z bransoletką ze srebrnym listkiem. Uśmiech od razu pojawił się na mojej twarzy, do prezentu była dołączona karteczka, gdzie było napisane: "Chcę cię w niej dzisiaj zobaczyć". Zaintrygował mnie zdecydowanie ten "Gal Anonim", ale nie tracąc czasu zaczęłam przygotowania na dzisiejszy wieczór.


  "Trentino" - jeszcze raz przeczytałam nazwę lokalu, do którego miałam się udać i byłam chyba po raz dwudziesty raz pewna, że to dobre miejsce. Nagle poczułam, jak ktoś zawiązuje mi oczy. Do moich nozdrzy dostał się intensywny zapach perfum Winiarskiego.

- A teraz idziemy. Słuchaj się mnie, żebyś w nic nie wpadła.
- Nie wiem, co knujesz.
- Poprawka..."Co my knujemy" - dodał do ostatniej fazy nutę pikanterii, tak jakby owe zajście było powiązane z pokazem striptizów, czy tez pań lekkich obyczajów. Dokładnie słuchałam wskazówek Michała, aby nie wpaść w żadną ścianę. Po kilku chwilach znaleźliśmy się w ciemnym pomieszczeniu. Szatyn rozwiązał mi oczy, po czym zauważyłam całą kadrę bełchatowską wraz z redaktorem, Nawrockim i Łukaszem Żygadło. Przetarłam oczy, gdyż nie mogłam w to uwierzyć. Kilka sekund później zauważyłam Bartka, który podąża w moją stronę z dużym kremowym tortem i z dwoma świeczkami "2" i "3". Nie to, żebym nie skupiła się na wielkim wypieku i dwóch płomykach, które obijały się o siebie, ale ja zapatrzyłam się w siatkarza. Szedł do mnie pewnym krokiem, nie był ani zły, ani uśmiechnięty, jedynie co mogłam od niego wyczuć to dziwny spokój i empatię. Uchyliłam lekko wargi, jakbym miała coś za chwilę powiedzieć, jednak on przyłączył mi palca wskazującego do ust.
- Już nic nie mów, ale pomyśl życzenie - popatrzył się na mnie tym utęsknionym wzrokiem, tego właśnie mi brakowało. Tego "kociego" spojrzenia, które dodawało mi zawsze otuchy, sprawiało, że uśmiechałam się z byle czego, odzyskiwałam wiary we własne umiejętności. To właśnie to jedno spojrzenie, zmieniało wszystko.

Mam życzenie. Ty nim jesteś. Chcę naszą wspólną przeszłość.


  Dmuchnęłam szybko w stronę dwóch płomieni, po chwili jednak widać było tylko czarną smugę dymu. Od tamtego momentu wszyscy zaczęli do mnie podchodzić i składać mi życzenia urodzinowe. Pierwszym gościem był Zatorski.

- O proszę! Kogo my tutaj mamy?! - zapytałam ze śmiechem.
- To była przykrywka, ciężko było, ale wytrwałem. Wybaczysz mi, Maju?
- No nie wiem, złóż mi ładne życzenia, to się zastanowię.
- Chciałem ci życzyć wszystkiego co najlepsze, dużo zdrowia, kolejnych sukcesów w twojej karierze dziennikarskiej nasza mała gwiazdo, bo Bełchatów i Łódź już podbiłaś.
- Przepraszam, że przerwę. Nie słyszałeś, że mnie zwolnili? - zapytałam zaskoczona.
- Ty chyba żartujesz. Nawrocki ciągle nam truł dzisiaj na treningu jaką my to mamy zdolną dziennikarkę. Widziałaś dzisiejsze gazety? Chyba twój ostatni reportaż zrobił furorę na rynku!
- Nie, to niemożliwe! - zaczęłam krzyczeć uradowana, po czym rzuciłam się na szyję Pawła. - Dziękuję za życzenia Pablo, ale muszę iść porozmawiać z redaktorem. - Skierowałam się w kierunku Jacka Nawrockiego, redaktora gazety bełchatowskiej, a przy nich stał ktoś kogo nie znałam, ale nie zastanawiając się nad tym rozpoczęłam konwersację z szefem.
- Czy to prawda, że mój reportaż się spodobał?!
- Tak Maju, jesteś naprawdę niesamowita w tym, co robisz. Twoja praca nie tylko spodobała się naszym mieszkańcom, ale też wielu innym Polakom, a to ci potwierdzi redaktor naczelny bardzo popularnego czasopisma o sporcie, pan Zieliński.
- Tak, to prawda. Przeczytałem pracę o anatomii i byłem wstrząśnięty, że ktoś, aż tak dobrze umiał podejść do tego tematu. Znajomi z pracy nie uwierzyli w to, co przeczytali. Mam dla ciebie propozycję.
- Tak?
- Czy chciałabyś jechać jako nasza główna dziennikarka do Spały na obóz siatkarski wraz z Reprezentacją Polski?
- Przecież ja nie mam, aż takiego doświadczenia. Nie wiem, czy będę potrafiła odnaleźć się w takim świecie.
- My w ciebie wierzymy. Dasz sobie radę na pewno. Uwierz mi, chłopaki nie gryzą!
- W takim razie przyjmuję propozycję.

   Po półgodzinie dość nudnej rozrywki wreszcie mogłam zająć się odrobinę sobą. Ktoś zaopatrzył ten lokal w dość wykwintny bufet z przekąskami, a na stole obok stały alkohole różnego rodzaju zaczynając od czystej wódki kończąc na likierach bananowych i migdałowych. Sięgnęłam po mały kieliszek do najgorszego, przeźroczystego trunku. Wzięłam butelkę z "Finlandią" i nalałam sobie do pełna. Nagle poczułam, jak ktoś szturcha mnie w ramię.

- Ze mną się nie napijesz? - usłyszałam za sobą niski, męski głos. Odwróciłam się w kierunku mojego rozmówcy, a na mojej twarzy wymalowało się uczucie zdziwienia.
- Dzień dobroci dla zwierząt trwa.
- Jak zawsze miła i szczera. Tak naprawdę to chciałbym z tobą porozmawiać o naszej ostatniej kłótni. Zachowałem się jak typowy dupek. Przyznaję ci rację, Łukasz Żygadło jest kompletnym idiotą. Z góry cię osądziłem, a tak naprawdę nigdy nie miałem okazji cię poznać. Przepraszam cię za to, że byłem takim zasranym egoistą - spojrzałam na niego z lekką dezaprobatą, gdyż spodziewałam się kolejnej kłótni z tym człowiekiem, nie myślałam, że właśnie to usłyszę od Łukasza. Złapałam go lekko za ramię i spojrzałam w jego brązowe oczy.
- Nikt nie powiedział, że jestem dobrze wychowana. Jestem czasami pyskata, ale patrz umiem też przebaczać.
- Czyli rozejm? - jego kąciki ust powędrowały lekko do góry.
- No, a kto opróżni ze mną tę zimniuteńką "Finlandię"?
- To zaczynajmy.

    Nigdy nie przypuszczałabym, że Łukasz Żygadło (wbrew pozorom oaza spokoju) okaże się tak energicznym mężczyzną z nienagannym poczuciem humoru i dość słabą głową. Opróżniliśmy już około trzy czwarte butelki, bez żadnych wyrzutów sumienia zostawiliśmy pozostałym gościom tequilę, dwa wina, resztę szampana oraz likiery. Lecz sądząc po stanie zgromadzonych, można by już powiedzieć, że impreza urodzinowa Kuligowskiej się rozkręciła. To nic, że średnia wieku tutaj zgromadzonych wahała się od dwudziestu do pięćdziesięciu dwóch. Wszyscy (chyba) bawili się szampańsko, a alkohol, który rozchodził się szybko po moim organizmie dawał już dość spore sygnały, że czas zakończyć moją przygodę ze skandynawską wódką.

- Majka! Ty stara dupo! Jeszcze chyba ja ci nie składałem życzeń! - usłyszałam pijacki krzyk Winiarskiego.
- No pomijając fakt, że nie dałeś mi żadnego znaku życia przez całe dwadzieścia cztery godziny i to, że perfidnie chciałeś, abym wpadła w ścianę, to masz rację - odpowiedziałam z sarkazmem, a jednocześnie z dużym szykiem wypowiedzi, która jeszcze musiała się trzymać kupy.
- Życzę ci dziewczyno samych sukcesów zawodowych, żebyś zawsze kusiła mnie tak jak teraz, abyś gotowała mi czasami takie pyszne obiady jak na przykład te żeberka w sosie pieczarkowym oraz nigdy się nie zmieniaj. Bądź tą samą kobietą, jaką poznałem na początku! - poczułam nagle, jak wstawiony Michał mocno mnie obejmuje, po czym zamyka szczelnie swój niedźwiedzi uścisk.
- Uwielbiam cię i dziękuję jednocześnie, ale lepiej weź te łapy, bo mnie dusisz.
- Jak sobie życzysz, dobra ja idę ogarnąć Bąkiewicza, bo chyba się rozszalał chłopak, patrz  już Anetę podrywa. Do zobaczenia! - jasne, Winiarski poszedł, Żygadło chyba przeholował, a ja zostałam sama patrząc się na resztki butelki z "ambrozją". Wszyscy się bawili, nawet Nawrocki wywijał na parkiecie. A ja zostałam sama.

Tak bardzo typowa sytuacja XXI wieku.


    Postanowiłam wyjść na taras trzymając w ręku butelkę oraz szklankę ze Sprite'm. Usiadłam na drewnianej ławce i podziwiałam starą kamienicę miasta Bełchatowa. Rozpadające się okna, brukowany placyk tuż za lokalem. Mimo pozorów upiorne miejsce, jednak przykuwało uwagę. Bynajmniej moją. Nie byłam jednak wtedy w stanie myśleć o racjonalnych rzeczach, w sumie w tamtej chwili mogłam zrobić wszystko, byle by było szalone i dość nietypowe z mojej strony. Chciałam pokonać pewną barierę, która dzieliła mnie do rzeczy spontanicznych i niecodziennych. Tego chyba najbardziej mi brakowało w dotychczasowym życiu. Po chwili poczułam miękki materiał na swoich plecach oraz woń męskich perfum.

- Znowu cię odnalazłem - tylko on mnie mógł odnaleźć, wiedział, że lubiłam się izolować od towarzystwa.
- Zawsze to robisz. Zawsze się pojawiasz w takich momentach.
- To miał być komplement? - przysiadł się do mnie i zbliżył na niewielką odległość.
- Tak. Bartek...
- Słucham?
- Spełnisz moje jedno z życzeń?
- Oczywiście.
- Zatańczysz ze mną? - jego lewy kącik ust powędrował do góry, przeczesał ręką swoją bujną czuprynę brązowych włosów, wstał żwawym ruchem i włączył na swoim telefonie "Love me tender". - Wiesz, że  kocham tę piosenkę?
- Czy mogę prosić? - wyciągnął do mnie dłoń, po czym delikatnym ruchem wyciągnęłam moją chłodną rękę. Przywarłam szybko do Bartka. Zarzuciłam swoje ręce na jego ciepłą szyję i wtuliłam się do jego torsu. Jego dłonie odnalazły swoje miejsce na mojej talii. Tak bardzo brakowało mi jego dotyku, oddechu, tych słów, które każdego dnia były do mnie wypowiadane z taką czułością. Teraz to wszystko wróciło z wielokrotną siłą.
- Wiesz, że tęskniłam? Wiesz, że każdego dnia miałam nadzieję, że wrócisz, pojawisz się w moim życiu na nowo? Cholerne czekanie zgubiło mnie. Może to głupio brzmi, ale nie umiałam się pozbierać. Nigdy nie byłam osobą, która miała grono przyjaciół. Byłeś jedyny w swoim rodzaju. Czasami naśmiewałeś się z moich dużych okularów, niemodnych sukienek, dziurawych skarpetek oraz aparatu na zębach. Ale mimo tego przyjaźniłeś się ze mną. Tamten dzień był dla mnie ciosem. Rozumiesz to? Dlatego nie chciałam cię znowu spotkać, a teraz tak naprawdę nie wyobrażam sobie dnia, w którym ciebie nie ma. Nie będę widziała tego jak się do mnie uśmiechasz mimo tego, że ja czuję do ciebie wstręt przez to, co zrobiłeś. Jesteś tutaj i ja to czuję. Może będę żałowała tego jutro, że powiedziałam kilka słów za dużo, ale nie chcę tego w sobie trzymać. Tęsknota niszczyła mój świat - widziałam zakłopotanie namalowane na twarzy siatkarza. Czułam jego zdenerwowanie, poruszenie i przede wszystkim uczucia. - Powiedz coś... - kolejne sekundy ciszy, które coraz bardziej się dłużyły. - Bartek...
- Jeśli teraz bym coś powiedział, to zniszczyłoby wszystko.
- Czyli co?
- Powiem ci w swoim czasie, Maja. Od tamtej chwili nic już nie było takie proste, ale teraz nie mogę tego powiedzieć. Musi wszystko wrócić na swoje miejsce.
- Coś strasznego?
- Nie, ale będę cię chronić przed całym światem, rozumiesz to? Nie pozwolę ci odejść.
- Przyrzekasz?
- Na co?
- Na mnie.
- Zawsze - poczułam jak siatkarz złożył delikatny pocałunek na moim czole, a ja potulnie ułożyłam się na jego ramionach i powtarzałam to jedno słowo. Literowałam je w myślach, a przy tym powoli udawałam się do Krainy Morfeusza.

Przepraszam za moją długą nieobecność. Jednakże miałam wiele spraw na głowie, ale wracam z nową siłą i będę pisała jak najczęściej się da. Szkoda, że tak szybko odpadliśmy z Mistrzostw Europy, a mają zwolnić Anastasiego, a tak bardzo tego nie chcę...Ale zobaczymy. Nazwa knajpy jest wymyślona, urodziny, daty wszystko czysta fikcja, ale mam nadzieję, że się spodoba :)

wtorek, 12 marca 2013

05. Stranger in a strange land


      


     Zobaczyła krew. Wszędzie gdzie nie spojrzała, czerwony płyn rozpływał się swobodnie po oblodzonej drodze. Czuła, że metalowe pręty wbijają się delikatne w jej kruche ciało. Była zbyt słaba, aby móc jakkolwiek się wydostać z wraku samochodu. Postanowiła, że obudzi rodziców.
- Mamusiu, tatusiu... - dotknęła lekko paluszkiem ich szyi. Nie odpowiedzieli. – Proszę, obudźcie się! - Zaczęła krzyczeć. Nie wiedziała dlaczego, ale czuła, że to była jej wina. Próbowała kilkakrotnie ich obudzić. Na próżno. Poddała się, a z jej oczu popłynęły drobne, słone łzy. Nie mogła opanować swoich emocji. Czuła się rozdarta, a w jej sercu pojawiła się rozdzierająca pustka. Mała dziewczynka, która straciła wszystko. Kilkuletnie dziecko, które zostało całkowicie osierocone. Jej rodzice umarli, a ona nie mogła spokojnie złapać oddechu. Zaczęła się dusić. Zimne powietrze, które dostawało się do jej organizmu drażniło jej drogi oddechowe. Tragiczne skurcze poczuła w serce, tak jakby rzeczywiście ktoś chciał, aby jej życie również się skończyło. Miała się poddać. Chciała zginąć z jej rodzicami, ale nagle usłyszała głos jej dziadka. Jego czuły i ciepły ton sprawił, że trochę się uspokoiła. Jednak napad kaszlu cały czas jej towarzyszył. Szybko sięgnęła po inhalator, który znajdował się w skórzanej torbie jej mamy. Przeniosła się w szybkim tempie na przednie siedzenie, które było praktycznie zmiażdżone. Chwyciła torbę. Była cała we krwi. Jednak ona była dzielna i dojrzała jak na swoje sześć lat. Użyła inhalatora, poczuła, że znów może normalnie wziąć oddech. Po chwili jednak przypomniała sobie o swoim dziadku. Wróciła na swój zniszczony fotelik. Zaczęła odpinać dziadka, któremu było strasznie słabo, otworzyła tylne drzwi, jednak ona utknęła. Była cała poranione przez straszliwie, ostre druty, które powoli, ale skutecznie robiły głębsze rany w jej skórze. Ból był przeraźliwy. Tak jak i fizyczny, jak psychiczny. Jedynymi ostatnimi słowami, które wypowiedziała do swoich rodziców było: „kocham was”. Dalej już nic nie pamiętała i czuła się tak, jakby Bóg zabierał ją do swojego królestwa.

        Oparłam się delikatnie o zimny, kuchenny blat. Zaparzyłam sobie mocną kawę. A w tym czasie sięgnęłam po kolejnego papierosa. Przez tamtą noc wypaliłam, aż cztery. Nie żałowałam, chociaż dzięki temu mogłam na chwilę uciec od problemów. Usiadłam przy kaloryferze, aby ogrzać swoje chłodne ciało. Powoli delektowałam się nikotyną, która w dość szybkim tempie znalazła się w mojej krwi. Cholera – warknęłam. Bartek mógł sobie coś zrobić. Nie potrafiłam zostawić go samego przed drzwiami. Chciałby zaryzykować i sam udałby się do swojego domu. Oddalonego o dziesięć kilometrów. Chętnie życzyłabym mu powodzenia, ale byłoby to sarkastyczne zagranie z mojej strony. Nagle usłyszałam charakterystyczny pisk, który oznaczał, że woda nagrzała się do stu stopni Celsjusza. Przedwojenne czajniki, najlepsze są – kolejny sarkazm. Kolejne gdybanie na temat moich funduszy, które były w granicach stu złotych. Przygotowałam sobie kawę, po czym zaczęłam ją sączyć. Sama. Tak jak każdego poranka w moim cudownym życiu.

      Otworzyłem oczy. Biały sufit. Kremowe zasłony i kwiatowa woń unosząca się w powietrzu. Odwróciłem głowę w drugą stronę. Nikogo nie było. Ja byłem cały ubrany, czyli nie mogłem skończyć z kimś w łóżku. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, ale szybko moja twarz nabrała innego wyrazu. Zerwałem się na równe nogi i zacząłem rozglądać się po pokoju. Zbliżyłem się do drewnianej komody na której stały zdjęcia. Dwójka uśmiechniętych dzieciaków. Jedna mała okularnica, drugi łysy, któremu brakowało dwóch przednich zębów. Obejmowali się i wyglądali na naprawdę szczęśliwych. Po chwili jeszcze raz przyjrzałem się temu zdjęciu i zorientowałem się, że to byłem ja. I Maja. Wziąłem plastikową ramkę do ręki i dokładnie przyglądałem się fotografii.
 – Byłem gówniarzem - nagle zorientowałem się, że blondynka precyzyjnie ilustrowała mnie od dołu do góry.
- No masz rację. Byłeś wybitnym gówniarzem. – ostatnie zdanie wypowiedziała ze szczególnym naciskiem, tak jakby miała podkreślić moją słabość. – Widać pasja może stworzyć zupełnie nową postać, nową osobowość. Prawda, Bartku? – upiła mały łyk ciemnej cieczy i lekko oblizała swoje malinowe wargi.
- Maja… Ja naprawdę nie wiem, co mam powiedzieć. Może i  masz rację, ale ile razy mam ci mówić jak mi cholernie przykro, że to wszystko się tak potoczyło.
- Pieprzysz jak babki w moherowych beretach. Za każdym razem słyszę to samo: „przepraszam cię”, „jest mi głupio”. Te twoje gładkie formułki stały się już antykami. Oklepane siatkarzyku. Myśl dalej. – poczułem jak ciśnienie w mojej krwi znacznie się podniosło. – Smutne, że już racjonalnego myślenia ci zabrakło.
- Nie idiotko! Nie dlatego, tylko nie mogę zrozumieć po co to wszystko? Pamiętasz jak łączyły nas wspaniałe wspomnienia? Ja dalej pamiętam. – chwyciłem mocno jej nadgarstki, przy czym porcelanowa filiżanka znalazła swoje miejsce na drewnianej posadzce tucząc się na tysiące kawałków. – Pozwól mi do ciebie dotrzeć. Chcę tylko tego, abyś dała mi jeszcze jedną szansę. – Popatrzałem na jej błękitne, chłodne tęczówki. Oczy, które dawniej wypełniały iskierki szczęścia, były teraz pokryte szarością. Obojętnością, a zarazem wiązało się to z przerażaniem.
- Mam taki charakter. Może i jestem zgorzkniałą idiotką bez serca, ale kieruję się też rozsądkiem. Nie mam gwarancji na to, że to się nie powtórzy. Zostałam sama. Jedynie cholerne, niemiłe wspomnienia trwały ze mną przez te kilka lat. Medycyna nie zapełniła pustki, tylko ją rozszerzyła. Nie chciałam realizować marzeń bez przyjaciela. Bez Ciebie.
- Nigdy już cię nie opuszczę – wtuliłem ją mocno do siebie, ale wiedziałem, że cząstka dziewczyny nie chce tego, pragnie to wszystko odrzucić. Jednak nie mogłem jej teraz zawieść, nie teraz.
- Daj mi czas.

Kilka tygodni później…

       Te kilka tygodni ze Skrą wniosły wiele do mojego życia. Zaczęłam dostrzegać wiele pozytywów spędzania czasu z tą drużyną. Świetnie dogadywałam się zespołem. Najlepiej jednak z Winiarskim. Może to dlatego, że łączyły nas podobne przeżycia? To samo cierpienie. Brak wsparcia w drugiej osobie oraz borykanie się samemu z własnymi problemami. To było to, co zbliżyło mnie do Michała. Jednak dzięki niemu choć trochę oderwałam się od tej melancholii i wniosłam iskrę optymizmu w moją przyszłość. Wracając do reszty drużyny…Bąkiewicz. Tajemniczy gość z wieloma dziwnymi, może i błyskotliwymi pomysłami na podryw. Kilkakrotnie próbował mnie wyciągnąć gdzieś wieczorem, jednak jego próby zalotów traktowałam dość z dystansem. Zawsze znajdowałam odpowiednią wymówkę. Nigdy nie potrafiłam odnaleźć w Bąkiewiczu materiału na mężczyznę mojego życia. Dość poważnie to zabrzmiało, ale Michał był i dalej jest tylko dobrym kolegom, na którego mogłam liczyć w każdej sytuacji. Możdżonek był cichym, nieudanym alkoholikiem, który potrafił przesiedzieć cały wieczór w loży wraz z Zatorskim i sączyć jedno piwo, aż trzy godziny. Bartek – w naszych relacjach nic się nie zmieniło. Dalej miałam mętlik w głowie i nie wiedziałam, co miałam zrobić. Wieczorami zasiadałam przed laptopem i pisałam różne artykuły siatkarskie i momentalnie Kurek pojawiał się w mojej głowie. Jego postura, oczy, zapach. Nic nie mogłam zrobić, aby uwolnić się od tego uczucia. Od tej głupiej bezsilności, która była moją jedyną granicą i zarazem przeszkodą.

- Jasne Winiarski. Ty popieprzony kretynie…Zawsze coś nie tak. Zawsze to ty, musisz gotować spaghetti, którego tak nienawidzisz robić. Wyjdzie ci jedna, wielka papka, a Oliwier będzie rozpowiadał, że: „Michał Winiarski jego ojciec, siatkarz jest beznadziejnym kucharzem, a jego edukacja kulinarna zakończyła się na jajecznicy”. Pomyłka… nawet to ci nie wychodzi. Majka nic nie zrobi dobrego na obiad. Ta dziewczyna jest pewnie zajęta. Bystrzak z ciebie Winiarski. Geniuszem jesteś. Nawet makaronu nie umiesz zrobić. – po chwili zauważyłem jak mały Winiarski zjawił się w salonie.
- Tatku! Słychać cię, aż z łazienki! Nie martw się tatusiu. To będzie nasz malutki sekret, że nie umiesz gotować. Nie no, ja mogę sobie zrobić sobie kanapeczki, bo ty mnie jeszcze zatrujesz! I nie miałbyś swojego jedynego synka! No i co wtedy?! – to dziecko działało cuda. Jak to możliwe, że tak mała osóbka potrafiła zmienić diametralnie mój humor? Oliwier to dobry syn. – pomyślałem w duchu. – A po za tym to wstydź się! Jesteś głupi! Bardzo głupi! Mam najgłupszego tatkę na świecie! Może byś tak podziękował Majce? Hmm?
- Za co? – spytałem lekko zdezorientowany.
- Przychodziła tutaj dwa tygodnie! Czyli…Poczekaj policzę na paluszkach. Siedem…dodać…siedem. No całe czternaście dni! A ty nic! Zero kultury tatku. Wynagrodziłbyś jej jakoś.
- No to jaki masz pomysł geniuszu?
- No wynagrodź jej w gestach!
- Oliwier, odetnę ci telewizję!
- No tak mi kolega z przedszkola powiedział, że jego tatuś wynagradza mamie różne rzeczy w gestach. I nawet wiem jakich!
- Skończ! Wychowałem potwora.
- No to nie, to kup jej chociaż kwiatka. Laski na to lecą tatusiu!


        Zakupy świąteczne nigdy nie należały do moich. Każdego roku w okolicach marca przygotowywałam się do świąt wielkanocnych. Setki ludzi przyjeżdżają do dużych supermarketów, aby jak najlepiej zgromadzić zapasy na najważniejsze święto dla chrześcijanin. Mijając półki z budyniami, galaretkami, proszkami do pieczenia i tym podobne, dostrzegłam naprzeciwko dużego baranka z chleba, który wyjątkowo wpadł mi w oko. Stwierdziłam, że idealnie będzie zdobił stół z białym obrusem. Szybkim krokiem podeszłam do koszyka z barankiem i poczułam czyjąś rękę na swojej. Odruchowo zerknęłam, kim był człowiek, który ma zamiar bić się ze mną o tę ozdobę.
- Lubimy na siebie wpadać, prawda? – usłyszałam jego niski, męski głos. Po czym poczułam jak fala dreszczu obezwładniła całe moje ciało.
- Wolałabym już ujrzeć Nawrockiego w slipach, niż ciebie – rzuciłam oschle, po czym chwyciłam mocniej baranka.
- No nie bądź już taka zadziorna. Rozejm? – zaśmiał się, po czym ilustrowałam jego dołeczki w policzkach, które dekoncentrowały mnie.
- Zastanowię się Łukasz. Hmm…No zadowoli cię wiadomość, że…Nie? To nie ja ustalam jakieś chore gierki, nie zaczęłam jakiejś głupiej wojny. A teraz pozwól mi skierować się z moim barankiem do kasy.
- Kpisz sobie Majka? Ten baran jest mój. A no i może mam jakiś konkretny powód, aby się z tobą droczyć. A może tak naprawdę cię lubię, albo coś chcę sobą udowodnić?
- Jesteś dziwny. Na razie jedyne co udowadniasz mi, to to, że masz problemy ze sobą. Oddawaj to! – mocniej pociągnęłam za baranka, po czym czułam, że nasze siły były wyrównane.
- Nie jestem taki, za jakiego mnie uważasz. Przestań być taka powierzchowna i płytka. Ciągle wytykasz innym błędy, a nawet nie znasz drugiego człowieka. No jeszcze powiesz mi, że miałaś tragicznie wydarzenia w życiu. Może jeszcze brakuje ci litości? No bo Winiarskiego to sobie owinęłaś wokół  palca – czułam, że słabnę. Straciłam siłę, a do moich oczu napłynęły słone łzy.- Jesteś słaba.
- Jak możesz? I kto tu jest powierzchowny? Chcesz napisać o mnie książkę? No faktycznie…Może Łukasz Żygadło zna każde wspomnienie z mojego życia? Nic o mnie nie wiesz. Wiesz również o tym, że moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, o tym, że walczyłam, aby żyć? – czułam spojrzenia wszystkich ludzi, którzy obserwowali naszą kłótnię.
- Maja…Przepraszam cię. Nie wiedziałem.
- Już za dużo tego wybaczania jak na jeden raz .

       Zeszłego wieczoru dość późno położyłam się spać. Wszystko automatycznie wróciło, a na dodatek miałam problem z astmą. Dostałam zadyszki i męczyłam się przez całe dwie godziny. Podsumowując – inhalator stał się moim wiernym towarzyszem życia. Wyczołgałam się z łóżka i podeszłam do wielkiego okna. Otworzyłam je na oścież, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Trzeba nauczyć się zapominać i żyć dalej – skokietowałam, po czym skierowałam się w stronę łazienki.

       Już od godziny dziewiątej siedziałam na trybunach w hali „Energia”. Byłam tylko ja i bełchatowscy siatkarze, którzy od wczesnych godzin porannych trenowali. Tym razem tematem mojego nowego artykuły było: „Anatomia sukcesu – czyli jak osiągnąć wszystko”. Dość zaintrygował mnie ten temat, więc postanowiłam wyjątkowo dobrze przygotować materiał do gazety. Po chwili ku mojemu zdziwieniu na parkiecie pojawił się Łukasz. Spojrzałam się na niego złowrogo, czułam to, że nie chciał spotkać mojego wzroku, który mówił wszystko. „Tak Łukaszu jak bardzo cię nienawidziłam, tak jeszcze bardziej pogłębiłam to uczucie”. Jednak ja zawiesiłam wzrok na kimś innym. Przynajmniej próbowałam. Michał Winiarski – kompletna ciamajda w kuchni, solidny ogrodnik i fatalny sprzątacz. Uwielbiałam tego człowieka. Mimo, że niedawno zmarła mu żona, to on potrafił się dość szybko pozbierać i żyć dalej. Podziwiałam go za to, że nigdy się nie poddał. Walczył z tym dzielnie i nauczył się być wspaniałym wzorem i ojcem dla swojego synka. Nawiązując do Oliwiera…To złote dziecko. Miało swoje kaprysy, ale tak dojrzałego na swój wiek chłopczyka nigdy nie spotkałam. Jednak Michał miał zdolności ojcowskie.
- O czym tak myślisz? – wyrwał mnie z letargu znajomy głos Winiarskiego. Siatkarz niespodziewanie zajął miejsce koło mnie.
- Zastanawiałam się nad tym, że jesteś beznadziejnym kucharzem – wybuchnęliśmy głośnym śmiechem, po czym kąciki moich ust powędrowały do góry.
- Oliwier ci powiedział?
- Nigdy w życiu. Może kiedyś twój syn poskarżył mi się, że spaliłeś pulpeciki. Wstydź się Winiarski.
- No dobra. Rozgryzłaś mnie. Jednak przyszedłem tutaj z inną propozycją.
- To powal mnie na kolana.
- Czy miałabyś ochotę zjeść ze mną kolację? Chciałem ci podziękować za pomoc w domu no i z Oliwierem.
- Z przyjemnością.
- To będę po ciebie o dziewiętnastej.

       Po raz pierwszy od pięciu lat postanowiłam wyglądać wyjątkowo. Nie przez to, że chciałam się upodobać Michałowi, ale dlatego, że chciałam coś zmienić. Może to „małe kroczki”, ale od czegoś trzeba było zacząć. Delikatnie podkręciłam sobie włosy. Po czym na twarz nałożyłam lekki podkład, róż. Rzęsy przybrały barwę kruczoczarną, a na moich ustach pojawił się kolor bladoróżowy. Włożyłam na siebie białą tunikę oraz turkusowe spodnie, a na moich nogach pojawiły się szpilki.
Lekko się stresowałam, ponieważ dawno nie byłam na takich spotkaniach z mężczyznami. W ogóle rzadko kiedy wychodziłam. Jednak moje pesymistyczne myśli odrzuciłam na dalszy plan, ponieważ usłyszałam dzwonek. Szybko podbiegłam otworzyć drzwi.
- Witam cię, Maju. I teraz powiem ci pierwszy komplement od twojego przyjazdu: wyglądasz pięknie.
- Widzę, że Oliwier dobrze cię wyszkolił.
- Ten chłopak wie więcej ode mnie.
- No i tu się z tobą zgadzam – uśmiechnęłam się lekko, po czym musnęłam delikatnie jego ciepły policzek. – Jedźmy już Michał. – Wyszeptałam mu do ucha, po czym skierowaliśmy się w stronę samochodu.


***

Zaczęłam pisać jakiś miesiąc temu, a teraz udało się dokończyć. Może to przez to, że ostatnio byłam na meczu? Nie wiem, ale ogólnie to ten semestr zaczął się bardzo dziwnie. Nie umiem się jakoś odnaleźć, no ale mam nadzieję, że już za niedługo wpadnę w ten "trans nauki". Pocieszający fakt, że za niedługo święta. Więcej czasu na pisanie, naukę. Biorę się za siebie, za swoje ciało. Trzeba zrzucić do wakacji jeszcze 5 kg. Mam nadzieję, że się uda. Jeszcze jutro mnie czeka sprawdzian z chemii i matematyki. Miłego czytania ( przepraszam za jakieś błędy, skoryguję je jak najszybciej, ale już dzisiaj nie mam siły) :)

Nie wiem, co mnie wzięło z tym barankiem.

niedziela, 28 października 2012

04. I'm in the middle of nothing.





    Dostałam pracę. Dziennikarka sportowa. Nie cieszyłam się z tego powodu, ponieważ wiedziałam, że będę musiała widywać Bartka codziennie. Jednak zdałam sobie z tego sprawę, że trzeba się nauczyć z tym walczyć. Z takim uczuciem. Skrzywdził mnie, ale udało mi się pozbierać. Niestety znowu pojawił się w moim życiu, ale nie mogłam odrzucić tej pracy, bo chyba musiałabym dostawać zasiłek dla bezrobotnych. Upiłam łyk czarnej, ciepłej kawy. Była godzina szósta, a ja nie mogłam spać. Dalej zastanawiało mnie zdarzenie, które miało miejsce trzy dni temu. Analizowałam każdy szczegół tamtego spotkania. Przeraził mnie ten człowiek. Za każdym razem kiedy o nim pomyślałam, czułam dreszcze, które przeszywały całe moje ciało. Miał bardzo niski głos. Nie mogłam dostrzec jego twarzy, ale wiedziałam, że kiedyś słyszałam taką barwę głosu. Nie chciałam się jednak tym bardzo przejmować, ponieważ postawiłam sobie bardzo ważny cel. Nie żyć przeszłością i koncentrować się na przyszłości.

    Maja. Zaśmiałem się ironicznie, a na mojej twarzy pojawił się sztuczny uśmiech. Osoba, która sprawiła, że wyjechałem. Ona sobie z tego nie zdaje sprawy, jak zrujnowała moje plany. Popatrzyłem w stronę ruchliwej ulicy, a nagle zdołałem się zorientować, że ty tam byłaś. Twoja nienaganna sylwetka. Długie włosy. Piękny uśmiech. Zmieniła się cholernie. Ostatnio, gdy ją widziałem, nosiła okrągłe okulary. Zawsze się z niej śmiałem. Nie potrafiłem znieść jej osoby, tak samo jak Agnieszka. Nie przyjaźniliśmy się, ale wiedziałem o niej dość wystarczająco.

– Łukasz !
– Co się tak drzesz? Zakochałeś się, czy co?
– Nie. Tak. Nie wiem.
– No to już poważny problem. Mam nadzieję, że Lena ci się spodobała.
– Jest pusta jak but. Ładna, bardzo, ale jest ktoś inny.
– No to wymieniam. Ania, Paulina, Sylwia, Monika ?
– Czemu ty tylko myślisz o tych laskach?
– Jesteśmy najlepsi, pamiętasz Bartek? Zasługujemy na wszystko co najlepsze.
– I tu się z tobą zgodzę, ale to nie żadna z nich.
– No to mów.
– Majka.
– Nie rozśmieszaj mnie. Podoba ci się ten kujon, który w wolnym czasie oblicza prędkość, z jaką spada chusteczka higieniczna do kosza. Ten żart ci się udał Kurek.
– Dobra gratuluję ci wyboru Agnieszki. W ogóle życzę wam szczęścia. Ja nic nie mówię, ale ona się szmaci. Ale rób co chcesz.
– Agnieszka jest ładna, zarabia i ogólnie jest cudowna.
– A w głowie ma pustkę. Odezwij się jak zmądrzejesz.


    To była jedna z sytuacji, która pokazała, że nie byliśmy zgodni we wszystkim. Bartek akurat miał rację, co do Agnieszki, jednak zdałem sobie z tego sprawę zbyt późno. Kurek wyjechał, ja zamieszkałem we Włoszech. Moja była żona pieprzyła się z jakimś fotografem, a ja uważałem, że wszystko było dobrze. Jednak i tak dalej upierałem się przy tym, że głównym powodem naszych kłótni była Majka. Chciałem uświadomić Bartkowi, że to nie dziewczyna dla niego. On to jednak zignorował i zaczął mnie unikać. Zakolegował się z Mariuszem i tak to się skończyło. Stracił kontakt ze mną i z Majką. Z jednej strony byłem zadowolony z tego, że ich przyjaźń prawdopodobnie się skończyła, jednak było to bez sensu, ponieważ ja też zostałem sam. Dlatego wyjechałem.

    Pierwszy dzień pracy. Stałam przed halą „Energia” i nie wiedziałam, co mam zrobić. Odczuwałam jedynie mocny ból żołądka, przez co nie potrafiłam racjonalnie myśleć. Po kilku minutach jednak zebrałam się na odwagę i udałam się w kierunku wejścia. Redaktor naczelny kazał mi napisać, krótki, ciekawy reportaż na temat zawodników powołanych w tym roku na Ligę Światową. Nie interesowałam się zbytnio tym sportem, jednak poprzedniego wieczoru zagłębiłam się w Internet w poszukiwaniu informacji dotyczących tych zawodów. Nigdy nie przypuszczałabym, że aż tak mnie to wciągnie. Od godziny dwudziestej do drugiej oglądałam mecze reprezentacyjne. Zaśmiałam się pod nosem i weszłam na halę. Było cicho i pusto, tak jak myślałam. Usiadłam na krześle, które znajdowało się przy wejściu do szatni. Założyłam nogę na nogę i czekałam […] Usłyszałam czyjeś kroki. Byłam przekonana, że zaraz ujrzę roześmianą twarz Nawrockiego. Jednak trochę się pomyliłam. Ujrzałam bruneta. Miał z dwa metry oraz ciemne oczy. Był przystojny, ukradkiem mu się przyglądałam i nagle go skojarzyłam. Łukasz Żygadło. Rozgrywający reprezentacji Polski. Jednak kilku godzinne oglądanie rozgrywek na coś się przydało. Zaczął się zbliżać w moim kierunku. Natychmiast wyprostowałam się na krześle i udawałam, że wcale nie byłam nim zainteresowana. Posłał lekki uśmiech w moim kierunku. Czułam jak moje policzka oblewają się rumieńcem. Przysiadł się na krześle obok i trwaliśmy w ciszy […] Po dwudziestu minutach w drzwiach pojawił się trener bełchatowskich siatkarzy.

– Dzień dobry, nazywam się Maja Kuligowska. I jestem nową dziennikarką sportową w lokalnej gazecie – pokazałam mu swój identyfikator.
– No wiem przecież, już nawet sporo na twój temat słyszałem. Tylko zdziwiło mnie dlaczego wybrałaś ten zawód. Chyba studiujesz medycynę sądową.
– Tak, jednak muszę uzbierać na kolejne lata, a lubię pisać i odbyłam sporo kursów dziennikarskich.
– Nie ma problemu, tylko nie oszalej tutaj z nami – zaśmiałam się, jednak szybko się powstrzymałam.
– Czemu, jeśli można zapytać?
– To są chorzy ludzie. I lubią podrywać ładne dziewczyny.
– To mnie to nie dotyczy. Mam zrobić reportaż na temat siatkarzy powołanych na tegoroczną Ligę Światową. Którzy to są?
– Kurek, Winiarski, Możdżonek, Zatorski.
– I ja – zadrżałam kiedy usłyszałam jego głos. Poczułam, że robi mi się nie dobrze. To ten głos...To był on.

    Cała kadra pojawiła się na hali. Stałam koło trenera Nawrockiego i bacznie obserwowałam siatkarzy. Ilustrowali mnie wzrokiem, ja ukrywałam swoje speszenie i szybko odwracałam głowę. Nagle zauważyłam tego mężczyznę, który przyglądał mi się na ostatnim meczu. Moją uwagę przykuły jego duże, niebieskie oczy. Był nieobecny, a ja zastanawiałam się, co siedziało w jego głowie. Spojrzał się na mnie i przygryzł tylko wargę. Zrobiło mi się go żal. Jednak po chwili koło niego pojawił się Bartek. Mój kolejny problem.

– To jest Maja. I będzie teraz z nami pracować. Mam nadzieję, że dobrze się nią zajmiecie.
– Ależ oczywiście !– wykrzyczał Bąkiewicz, wszyscy się na niego spojrzeli włącznie ze mną i wybuchnęliśmy śmiechem.
– Też mi miło Michaś – zdrobniłam jego imię, przy czym zrobił się czerwony jak burak. Wiedziałam, że będzie ciekawie.

    Rozpoczęła się rozgrzewka. Siedziałem na parkiecie i toczyłem piłkę z Bartkiem. Wszyscy pobiegli zapoznać się z Mają oraz chcieli się przywitać z Łukaszem. Nie wiedziałem, co go tutaj sprowadzało, ale nie wziąłem sobie tego zbytnio do serca. Skupiłem się na dziewczynie, która mnie zaintrygowała. Tak po prostu. Bez większych powodów. Może rzeczywiście mężczyźni są tylko wzrokowcami? Uśmiechnąłem się sam do siebie [...] Jednym z tematów moich mysli był antropocentryzm. Człowiek w centrum zainteresowania. Taki starałem się być. Panem wszechświata, który miał w głowie pustkę. Udawałem istotę, która tak naprawdę była mi bardzo obca. Ukradkiem spoglądałem w stronę dziewczyny.

– Misiek? - nie odpowiedziałem, dalej przyglądałem się Majce. - Michał !
– Zamyśliłem się.
– Nie dziwię ci się. Myślisz o tej naszej nowej dziennikarce?
– Wydaje ci się. Zastanawiam się, po co taki jestem.
– Jaki?
– Cholernie się zmieniłem. Po śmierci Dagmary.
– Nie rozmawiajmy na ten temat.
– Muszę Bartek. Bo to nie daje mi spokoju. Ja chyba siebie naprawdę oszukuję, że za nią tęsknię.
– Mówiłem ci już setki razy, że ta kobieta nie była odpowiednią partią dla ciebie. Ciągle cię oszukiwała. Teraz zapomnij. I żyj.

     Myślałam, że będzie gorzej. Chyba znalazłam wspólny język z tymi chłopakami. Z Łukaszem nie rozmawiałam. Nie chciałam. Nie byłam na siłach, aby toczyć konwersację z tym człowiekiem. On tylko siedział zadowolony na trybunach i przyglądał się swoim kolegom. Był w skórzanej kurtce, tak jak wtedy. Wspomnienia wróciły, a ja tylko zamknęłam oczy, aby się od tego uwolnić. Szczerze mówiąc chętnie bym go zabiła, ale nie byłoby to zgodne z moim ludzkim rozumem. Choć zemsta byłaby słodka. Najgorsze było to, że był seksowny. Na swój dziwny sposób pociągał mnie. Jak każda kobieta myśli o jednym. Charakterystyczna cecha. Zwracamy uwagę na wygląd zewnętrzny, a przecież tak często narzekamy na mężczyzn. Szybko zakończyłam snucie
swoich intryg i przemyśleń na temat poszczególnych płci. Wyjęłam notatnik oraz aparat i zaczęłam swoją pracę. Udałam się na drugą stronę boiska. Atakowali. Ja głupia oczywiście sądziłam, że przecież nic mi się nie stanie. „Oni na pewno są precyzyjni i nie walną mnie piłką”. Znowu nie miałam racji. Nagle poczułam mocne uderzenie w głowę i szczękę. Wylądowałam na ziemię. A przed sobą widziałam tylko liczne, białe gwiazdki. Nie przeprosi – pomyślałam, jednak po raz kolejny się zdziwiłam. Ujrzałam nad sobą „anioła” w całej okazałości. Te piękne, błękitne tęczówki wszędzie mnie prześladowały. Pomógł mi wstać. Chciałam się uśmiechnąć i powiedzieć zwykłe, proste „dziękuję”. Ale czułam, jak moja cała szczęka była sparaliżowana. Za to ja miałam okazję ujrzeć jego cudowny uśmiech.

    Zakończyli swój trening. Nagromadziłam trochę materiału, jednak wiedziałam, że będę musiała zadać kilka pytań siatkarzom. Wchodzili do szatni, więc ja udałam się w tamtą stronę. Usiadłam na podłodze i przyglądałam się szarej ścianie z nadzieją, że długo nie będę musiała czekać. Minęło kilkanaście minut. Ktoś się do mnie przysiadł. Odwróciłam głowę. Łukasz. Żygadło. Lepszego repertuaru nie mogłam sobie wybrać.

– Jak pierwszy dzień pracy?
– Dobrze – rzuciłam oschle, jednak przypomniałam sobie bardzo przykrą rzecz. Musiałam z nim przeprowadzić wywiad. Reprezentant Polski. Też mi coś.
– Tylko tyle?
– A mam ci opowiadać każdą minutę?
– Ja tylko się grzecznie zapytałem.
– Oszczędź sobie.
– Rozgryzłaś mnie już? - zrobiło mi się ciepło, czułam się tak, jakby ktoś odciął mi źródło tlenu.
– Nie jestem taka naiwna jak ci się wydaje. Pomijając fakt, że chciałeś mnie zabić kilka dni temu.
– Sama się o to prosiłaś – może rzeczywiście tak było? Jeżeli zależałoby mi na ucieczce i ocaleniu pobiegłabym, a ja zostałam tam i głupio przyglądałam się jak pojazd zbliża się do mnie z zawrotną prędkością. - A jednak...
– Nie mam zamiaru rozmawiać z tobą na ten temat. Mam kilka spraw do ciebie i nie myśl, że prywatnych.
– Zamieniam się w słuch.

     Przeżyłam. Miałam materiał na temat Marcina, Pawła no i Łukasza. Było ironicznie, chciałam ukazać trochę jego złej strony, jednak doskonale się wybronił i odpowiadał jak na sportowca przystało. Mogłabym napisać o nim reportaż, że powinno mu się odebrać prawo jazdy. Jednak wiedziałam, że nigdy nie posunęłabym się do takiego czynu. Już go znienawidziłam. Każde słowo, które było skierowane do niego, stawało się puste. Bez żadnego znaczenia. Płytkie wypowiedzi. Oschłe, na takie jakie zasługiwał. Niestety z jedną rzeczą miał rację. Nie chciałam się ratować. Może dlatego, że moje życie już od dłuższego czasu nie miało sensu? Nie ukończyłam studiów, nie miałam pieniędzy, a moi rodzice z przykrością spoglądają na swoje jedyne dziecko, które błąka się samotnie po świecie. Ironia.
– Przepraszam cię Maja. Nie chciałem cię walnąć – zobaczyłam go. Mojego wybawiciela, który prawie zmiażdżył moją twarz.
– Nic nie szkodzi. Może mi się to przyda.
– Michał jestem.
– Już znasz moje imię, więc powiem tylko, że miło mi cię poznać.
– Niezdara ze mnie, ale już nigdy się to nie zdarzy. Obiecuję – uśmiechnęłam się. Szczerze, prawdziwie. Rozbawił mnie przejęciem moją osobą.
– Idziesz ze mną na lunch? - nie wiedziałam, co mi przyszło do głowy. Wypaliłam, aż zrobiłam się czerwona jak burak. Dosłownie.
– Pewnie, a ten no...Ładnie ci w czerwonym – zaśmiał się, a ja tylko zakryłam dłońmi swoją czerwoną i na dodatek spuchniętą twarz.
– Winiarski pożałujesz!

    Poszedł do szatni. Zapomniał kilku rzeczy, więc oczywiście nie pozostało mi nic innego jak czekanie. Nikogo już praktycznie nie było w budynku. Stałam oparta o ścianę. Nagle poczułam jak ktoś chwyta mnie za nadgarstek. Zatkał mi ręką usta. Poczułam jak przyciska mnie do półki. Byliśmy w kantorku. Rozpoznałam tę specyficzną woń, która zawsze dobiegała z tego pomieszczenia. Zapaliło się lekkie światło. Zobaczyłam jego szaro-niebieskie oczy. Znałam je doskonale. Patrzył się na mnie tak jak wtedy. Kiedy pocałował mnie po raz pierwszy. To wszystko działo się kilkanaście lat temu, ale tego nigdy nie zapomnę. Woń jego perfum drażniła moje nozdrza, a sam dotyk sprawiał, że zaczęłam się trząść.
– Chcę z tobą porozmawiać.
– Nie można normalnie i kulturalnie? - zapytałam ironicznie.
– Nie udałoby się – nie mogłeś do mnie mówić, nie mogłeś na mnie patrzeć, bo poczułabym to samo, co wcześniej.
– W sumie masz rację. Twoje próby i starania są na nic Bartek. Lubiłam cię, a teraz?
– Ja ciebie kocham – zamarłam. - Jak przyjaciółkę – dodał cicho, a kamień spadł mi z serca. Ujął mój podbródek, a ja przestałam oddychać. Zawsze tak miałam, gdy byłam w pobliżu siatkarza.
– To jest skończone. Czemu mi to zrobiłeś? Nie mogłam normalnie funkcjonować. Nie powiem, do czego jeszcze chciałam się posunąć.
– Byłem pijany. Maja. Nigdy bym normalnie tego nie zrobił. Uwierz mi, proszę cię.
– Nie potrafię. Zraniłeś mnie. Cholernie. Zostałam sama. Nikt mi od tamtej pory nie pomagał. Jak miałam się czuć?! - pierwsze łzy pojawiły się na moim policzku. Po chwili poczułam, że mnie obejmuje. Przycisnął mnie mocno do klatki piersiowej. Chciałam poddać się temu rodzaju bliskości. Jednak szybko odrzuciłam tę myśl. Odepchnęłam go od siebie.
– Nie ma nas. Nie ma mnie. Nie ma ciebie. Przykro mi Bartek – wybiegłam z pomieszczenia, zmyłam resztki tuszu do rzęs i poszłam na lunch z Michałem. Chciałam się oderwać od tego. Od niego i od tej cholernej świadomości, że nic już nie będzie tak jak kiedyś. Zostawiłam go tam i wyszłam ze sztucznym uśmiechem z Winiarskim.

     Ten człowiek potrafił czynić cuda. Popołudnie spędzone z Michałem, było chyba najlepszą rzeczą jaka spotkała mnie podczas pobytu w Bełchatowie. Pozbyłam się presji, smutku oraz żalu. Obudził we mnie drugą, prawdziwą mnie. Pokazał mi przez te kilka godzin jak można skutecznie wyrwać się z monotonii. Wybraliśmy się do kawiarni. Nie było nawet chwili ciszy. Szatyn był świetnym słuchaczem oraz pocieszycielem. Nie powiedziałam mu wszystkiego, ale i tak udało mu się poprawić mój humor. Sączyliśmy razem kawę i udawaliśmy, że nie jesteśmy sobą zainteresowani. Po raz pierwszy poczułam się wolna. Doskonale mnie wysłuchał. Nie wiedziałam, że ten człowiek może tak gruntownie postawić mnie choć trochę na nogi. Otworzyłam się. I stałam się znowu normalną osobą. Choć trochę mogłam zapomnieć o szarej rzeczywistości […] Wzięłam szybki prysznic, przy czym nuciłam sobie jakąś nieznaną mi piosenkę. Założyłam na siebie męską koszulkę i krótkie spodenki. Chwila spokoju i wyciszenia. Leżałam na łóżku i sklejałam materiał na reportaż. Nic nie miałam o Bartku. Lekko się zdenerwowałam, lecz stwierdziłam, że nic takiego się nie stanie jeżeli go pominę. Wiedziałam, że źle robię. Usłyszałam głośne pukanie do drzwi. Była godzina druga trzydzieści, a ktoś bezkarnie mnie nawiedził. Niechętnie skierowałam się w kierunku wejścia do domu. Moja błoga harmonia została przerwana, a wargi same uchyliły się z zaskoczenia. Nigdy się od niego nie uwolnię – syknęłam.
– Maja! Nie rób mi tego proszę cię. Ja byłem bardzo dobry. Bardzo Maju!
– Jesteś pijany.
– No bo ja nie wytrzymałem. Poszedłem sobie do baru i tak jakoś mi się zachciało. Wiesz jak to jest.
– Bartek...
– Nie mogę bez ciebie wytrzymać – opadł na podłogę i zaczął płakać. Jak małe dziecko. Pierwszy raz widziałam go w takim stanie. Uklęknęłam przy nim i złapałam mocno jego rękę.
– Porozmawiamy jutro. Teraz tutaj zostaniesz. Nie będziesz się włóczył sam po mieście. Dobrze?
– Jestem ciężarem dla ciebie. Nie chcę. Wracam do domu. Podnosił się, jednak ja uniemożliwiłam mu to.
– Nigdzie nie idziesz. Dzisiaj śpisz u mnie. 




Zrobiło się dramatycznie, smutno, ale widać też pozytywy. Będzie mecz. Będzie Winiarski. Będą wszyscy. Będzie zajebiście. No tylko muszę przetrwać sprawdzian z moich dwóch "ulubionych" przedmiotów ( czytaj: matematyka i historia ) We wtorek siatkówka. I będzie super jak zdam ten sprawdzian. Przez ten weekend stałam się jakimś "noł lajfem", który pisze i nic nie robi. Spadł śnieg i jestem z tego powodu zadowolona. Niech już tak zostanie. Nie będę zaśmiecać tutaj moimi jakże ciekawymi spostrzeżeniami na temat życia :) 


piątek, 14 września 2012

03. Eye contact is the worst thing for us.



 - Co ty tutaj robisz? - zapytałam zaskoczona. Nerwowo przygryzłam dolną wargę.
  - Ja przecież dalej gram w Skrze. Zapomniałaś? - uśmiechnął się tak jak kiedyś. Poczułam lekkie ukłucie w sercu.
  - Myślałam, że przeniosłeś się... - musiałam coś wymyślić. -Do Resovii.
  - Nie – stwierdził stanowczo. Próbowałam go wyminąć, jednak mocno przycisnął moje ramiona. - Czemu się nie odezwałaś? Chociaż cholerny, głupi telefon Majka.
   - Bartek...
   - Myślałem, że już cię nigdy nie zobaczę. Byłaś moją jedyną przyjaciółką.
   - Ważniejszy był Mariusz – prychnęłam.
   - Spójrz mi w oczy i powiedz...że specjalnie nie odpisywałaś i chciałaś o mnie zapomnieć – wiedziałam, że nie dam rady. To było zbyt ciężkie. Przecież ja go dalej kochałam jak przyjaciela. On był wszystkim.
   - Tak. Chciałam – te dwa słowa sprawiły, że odszedł. Osunęłam się po ścianie. Nie miałam już siły. Wrócił, a ja tak naprawdę próbowałam oszukiwać samą siebie.


    Zmieniła się. Moja niezdarna przyjaciółka. Maja Kuligowska. W liceum rzeczywiście mi odbiło. Nie liczyło się nic więcej, niż siatkówka i sława. Stałem się ideałem dla wszystkich dziewczyn. Moi kumple zazdrościli mi „władzy”. Taki byłem. Nie doceniłem najważniejszej osoby w moim życiu. To właśnie szatynka pomagała mi ze wszystkimi problemami. To ona pokazała mi, co to znaczy, że ktoś jest ważny dla drugiej osoby. A ja ją zwyczajnie olałem. Zmieszałem ją z błotem. Ośmieszyłem przed znajomymi. Majka nie należała do osób, które szczególnie przykuwały uwagę. Miała krótkie włosy sięgające do ramion. Nosiła okrągłe okulary. Nigdy się nie malowała, a do szkoły chodziła zawsze skromnie ubrana. Całymi dniami nos miała w książkach. Kochała się uczyć przedmiotów ścisłych, dlatego często pomagała mi z matematyką i fizyką. Teraz stała się inna. To nie ta sama dziewczyna. Kiedy zobaczyłem ją kilka chwil temu, ujrzałem piękną kobietę, która była cholernie zdeterminowana. I coś właśnie nakazywało mi, żeby jeszcze walczyć o tę przyjaźń.


    Trwała rozgrzewka. Ciągle chodziłem poddenerwowany. Śmierć Dagmary wstrząsnęła całym moim życiem. Chorowała na białaczkę. Poddała się. A tysiąckroć prosiłem ją, żeby nie umierała bez walki. Pamiętam jej słowa do dziś: „Zaopiekuj się dobrze Oliwierem. Jesteś cudownym ojcem„. Stało się to dokładnie siedem tygodni temu. Dwudziesty drugi czerwca i dalej ta cholerna pustka gościła moje serce. […] Kurek chciał mnie zabić swoimi atakami. Widać, że był nie w sosie. W sumie nikt w naszej drużynie nie miał dobrego humoru od jakiegoś czasu.

  - Co ci jest?
  -  Czy ze mną jest coś nie tak, Winiarski?
  - Od razu jak wszedłeś na tą halę jesteś jakiś struty. Mnie nie oszukasz, a na dodatek moje ręce nie wytrzymają kolejnych twoich ataków. Mów.
  -  Nic szczególnego.
  -  Mhm, no bo ci uwierzę.
  -  Jasna cholera.
  -  A jednak...
  -  Wróciła. Ona. Wróciła. Rozumiesz?
  -  Kto?
  -  Maja.
  -  Jaśniej.
  -  Kilka lat temu spotkała mnie w klubie. Byłem pijany w trzy dupy i powiedziałem, jej, że to koniec naszej przyjaźni. Zniknęła. Nie odbierała moich telefonów. Nic. Byłem w dołku. A teraz się pojawia.
  - Zależy ci na niej?
  - Tak, ale ona mnie olała. Wystawiła. Powiedziała, że chciała ze mną stracić kontakt.
  - Ale z ciebie baba Kurek. Ciota. C-i-o-t-a. Walcz o to! Walcz o waszą przyjaźń! Ja mam to za ciebie zrobić?
  -  Ale jak?
  -  Wymyśl coś. Porozmawiaj. Przeproś. Działaj Bartek. Bo może być niedługo za późno – to były moje ostatnie słowa. Chciałem mu jakoś pomóc. Z jego opowieści wywnioskowałem, że Maja to była naprawdę istotna osoba w życiu siatkarza. I znowu przypomniała mi się Dagmara. Przed jej śmiercią nie najlepiej nam się układało. Ale kochałem ją. Oliwier to jedyna „pamiątka” po niej.


    Ćwiczyłem przyjęcie dolne i górne. Ostatnio miałem drobne problemy techniczne, więc chciałem się ich jak najszybciej pozbyć. Wlazły skierował wprost na mnie zagrywkę. Dobra, rozumiałem, że ten człowiek ma bardzo dużo siły, ale bez przesady. Upadłem na ziemię. Zobaczyłem tysiące „gwiazdek” przed oczami. Po chwili doprowadziłem się do pozycji siedzącej. Rozejrzałem się po hali, aby zobaczyć, ile tym razem zgromadziło się kibiców w Energii. Zobaczyłem ją. Szatynka. Dość wysoka. Miała na sobie buty na koturnach, przy czym wydawało się, że ma „dwumetrowe” nogi. Piękne oczy i ten zniewalający uśmiech. Winiarski nie czas na takie rzeczy.
 -  Misiek! No Misiek no! - kolejne uderzenie w głowę.
 -  Bąku. Nie truj.

    Siedziałam poddenerwowana na trybunach. Spotkanie z Bartkiem spowodowało, że każde moje wspomnienie wróciło. Chciałam zapomnieć. Już mi się udało wymazać Kurka z głowy, a teraz właśnie się pojawił. Schowałam twarz w dłonie. Najlepiej się stąd ulotnić. Jak najszybciej. Nie mogłam na niego patrzeć. On wszystko zniszczył. Stał się moją rutyną. Codziennie myślałam o nim, o moim przyjacielu. Dwa pierwsze lata były tragiczne. Zdarzało się czasami, że lądowałam w szpitalu. Opijałam się. Każdego dnia. To pozwalało mi choć na chwilę zapomnieć.

    Nastolatka traciła głowę dla tego chłopaka. Działał na nią jak narkotyk. Kochała jego obecność. Połączyła ich przyjaźń. Wtedy kończyła piętnaście lat. Każdy dzień spędzała u boku tego właśnie człowieka. Nie potrafiła się w nim zakochać. Wiedziała, że miłość zniszczyłaby wszystko. Bartek uwielbiał towarzystwo Majki. Zawsze mu pomagała, troszczyła się o niego, pomimo tego, że była od niego młodsza, o niecałe dwa dni. Traktował ją jak własną siostrę.
  - Maja. Chcę Ci coś pokazać – zawiązał jej chustką oczy. - Nic nie widzisz? - Zapytał.
  -  Nie, ale zaczynam się bać.
  -  Daj mi rękę.

    Pomyślałam o najpiękniejszej chwili spędzonej z młodym Kurkiem. Zaprowadził mnie w najcudowniejsze miejsce na Ziemi. Kiedy spotykaliśmy się, chodziliśmy tam i rozmawialiśmy o problemach. Wyznawał mi, w kim się zauroczył, żalił mi się na swoją rodzinę. Wszystko o nim wiedziałam […] Zaczęło się. Mecz był dość wyrównany. W pierwszym secie AZS wygrał ze Skrą dwadzieścia pięć do dwudziestu. Wśród podopiecznych Nawrockiego panował chaos. Byłam obojętna na wynik tego meczu, choć w głębi serca liczyłam na zwycięstwo bełchatowskich siatkarzy. Widziałam go. Nienaganne ataki i mocne serwisy. Uwielbiałam patrzyć na jego grę. Oddawał całego siebie na boisku niezależnie od rangi zawodów. Kochał to, co robił i była to jedna z rzeczy, która urzekła mnie w Kurku. Cholerne zaangażowanie i walka do samego końca. Zacisnęłam mocno kciuki i dalej obserwowałam akcję meczu. Następna partia spotkania była już bardziej wyrównana i zakończyła się zwycięstwem Skry. Jeszcze tylko dwa...

Dzisiaj były jej urodziny. To musiał być wspaniały dzień. Ona była za wyjątkowa. Siatkarz długo zastanawiał się, co mogłoby zadowolić młodą Kuligowską. Znał ją od dziecka, a czasami była dla niego zupełnie obca. Miała zupełnie inny pogląd na różne sprawy. Często się sprzeczali ze sobą jak rodzeństwo. Łączyła ich miłość. Nie prawdziwa, tylko taka rodzinna. On mógł zrobić dla niej wszystko, był gotowy na każdego rodzaju poświęcenia właśnie dla tej dziewczyny.
  -  Otwórz oczy – zrobiła to, co jej kazał. Uchyliła delikatnie wargi i przetarła szybko powieki. Nie mogła w to uwierzyć. Od zawsze opowiadała mu o swoich pragnieniach i marzeniach. Tego właśnie dnia spełniło się jedno z nich. Niezwykłe miejsce. Wielka skarpa, z której było widać oświetlone miasto. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się w stronę Bartka.
  -  Dziękuję ci. Dziękuję ci za to, że jesteś i za to co dla mnie zrobiłeś, i nie wiem, co mam dalej powiedzieć – podeszła do niego. Poczuł lekki ścisk żołądka. Nie mógł okazywać słabości przed Mają. Nie w tej chwili. Ich twarze prawie się stykały. On zaczął podziwiać jej piękne, niebieskie oczy. Widoczne były w nich iskierki. Musnęła ustami jego policzko, nie wiadomo, co nakazało mu odwrócić głowę naprzeciwko niej. Chciał tego, może rzeczywiście pragnął zasmakować jej ust po raz pierwszy? Nie mógł zakochać się w swojej najlepszej przyjaciółce. Wiedział, że za niedługo to wszystko się skończy, a to ostatnie chwile spędzone razem. Z nią, z jego ukochaną dziewczyną, którą kochał ponad życie.


    Wygrali. Skra odniosła zwycięstwo. Wiedziałam, że tak będzie. Dzięki niemu, „mojemu” Bartkowi [...] Zaintrygował mnie jeden zawodnik na boisku. Przykuła moją uwagę jego koncentracja na boisku. Sektor w którym siedziałam, był dość blisko boiska, więc mogłam stwierdzić, że zawodnik ma duże, błękitne oczy. Czasami spoglądał w stronę tej trybuny, ale kiedy nasze spojrzenia się zetknęły natychmiast odwracałam głowę w drugą stronę. Te wydarzenia trwały może zaledwie ułamki sekundy, ale bałam się tego. Kontaktu wzrokowego. Nie wiedziałam kim był, ale czymś mi zaimponował.


  -  „ Mamy żółte serca w których płynie czarna krew, bo to Skra Bełchatów, bo to Skra Bełchatów jest ! „ - Woicki już od samego wejścia do szatni darł się w niebo głosy. Zawsze tak miał po wygranym meczu, ale tym razem to przegiął. Kiedy przekroczyłem próg pomieszczenia, szybko pozbyłem się koszulki i wraz z chłopakami tańczyliśmy nasz „taniec zwycięstwa”. Dość niepowtarzalny, ale zawsze coś.
   - „Kto nie skacze ten z Resovią, hej, hej ! „ - wykrzyczał Możdżonek. Wszyscy spojrzeli się na niego i byli trochę zmieszani, gdyż wiedzieliśmy, że Marcin nie był zwolennikiem tego typu rozrywki, a tym bardziej wymyślaniem haseł. - No co?! Nie można się zabawić? - nikt nie ogarniał tego człowieka. No, ale jak to się mówiło? „Cicha rzeka, brzegi rwie” – Ja Winiarski jako filozof. Odkryłem wreszcie, że wystarczy mojego monologu, a czas nastawić się na szampański humor do końca dnia i iść się trochę zabawić.


    Postanowiliśmy posiedzieć trochę w barze. Wszyscy przywitali nas gromkimi brawami, a potem zaczęło się rozdawanie autografów, zdjęcia z napalonymi kobietami po czterdziestce i wiele innych ewenementów. W końcu nadeszła najprzyjemniejsza chwila – zatopienie ust w alkoholu. Uwielbiałem imprezować. Zawsze w Częstochowie, potrafiłem pięć dni pod rząd nic nie robić, tylko siedzieć i pić, i tak w kółko. Dopiero Dagmara mnie ustatkowała. Kiedy mam chwilę na refleksję, rozgrzebuję dawne sprawy i wracam do naszego małżeństwa. Tęsknię za nią. Przecież ją kochałem, a teraz odeszła i moje serce ogarnęła pustka. Jednak zastanawiam się nad tym, czy ona nie pojawiła się przed jej śmiercią? Może tak naprawdę brunetka nie potrafiła sprawić, że w miejsce tej pustki pojawi się to „coś” zwane potocznie miłością. Odczuwam, że ten związek miał postać czysto platoniczną. Ja ją kochałem, a ona nic nie dała mi w zamian. Jedynie Oliwiera. Prawdopodobnie przed jej odejściem wiedziałem, że to prędzej, czy później się stanie. Tak jakby moje serce zostało otoczone grubym murem, do którego nikt nie ma dostępu.

  -  Ku-ku-ku-ku-ro?
  -  Od kiedy jestem kurą?
  -  Kurek kojarzy mi się z kurą. A kury to bardzo urocze stworzenia ty słodziaku ! - upiłem kolejny łyk whiskey. A w głowie zaczęło mi coraz bardziej szumieć.
  -  Za dużo alkoholu Misiek. Zdecydowanie! Pff...- wybuchnął niepohamowanym śmiechem, aż zachłysnął się szkocką.
  -  Słyszysz to co ja słyszę? Czy tylko ja to słyszę?! - poderwałem się na równe nogi i wspiąłem się na ladę. - A teraz panie i panowie, z przyjemnością chcę wam wszystkich oznajmić, że ja i pan Kura zatańczymy dla was – wyciągnąłem rękę do siatkarza, który zrobił klasycznego „pokerface”. Jednak wiedział dobrze, że to jednak Zagumny jest mistrzem.
  -  Hej ! Hej ! Hej Sokoły, omijajcie, góry, lasy doły ! Dzwooooń, dzwooooń, dzwoń dzwoneczku mój...
  - Bartusiu co dalej?
  -  Nie wiem, ale patrz repertuar nam zmieniają na jakieś coś.
  -  Trudno, śpiewamy!
  -  O ja to znam !
  -  Co to kuro?
  -  Sex, sex, sex on the beach !


Chłodny, deszczowy wieczór. Całe miasto zamarło. Godzina koło dwudziestej drugiej. A ja sama włóczyłam się po bełchatowskich ulicach. Spoglądałam na uliczne latarnie, które przygaszały i jednocześnie po chwili się zapalały. Ciemno, jasno, ciemno, jasno i tak w kółko. Nagle usłyszałam głośną muzykę. Postanowiłam udać się w tamtą stronę. Dalej myślałam nad nim. Bartek. To imię ciągle siedziało w mojej głowie. Czułam ciągle jego dotyk, potrafiłam usłyszeć jego głos nawet, jeśli do mnie nie mówił. Powoli zaczynałam czuć, że się sypię. Jeden człowiek potrafi tak zmienić człowieka, że nawet on może zagubić się w tym wszystkim. Zauważyłam po chwili dwa migające światła. W szybkim tempie zbliżał się do mnie jakiś pojazd. Odsunęłam się lekko na bok, jednak widziałam, że samochód przyspiesza i jedzie wprost w moim kierunku. Starałam się jakoś uciec, ale nie wiedziałam, że nie dałabym rady. Pojazd ostro zahamował, a ja prawie wylądowałam na jego masce. Wysiadł z niego mężczyzna. Wysoki, bardzo. Dobrze zbudowany. Nie mogłam go dobrze zobaczyć, ponieważ było za ciemno.

  -  Ty kretynie! Na takich drogach nie jeździ się dwieście kilometrów na godzinę, mogłeś mnie zabić! - chciałam uderzyć go w klatkę piersiową, jednak ten automatycznie schwytał moje nadgarstki i zaśmiał się ironicznie.
  -  Kuligowska? Ha, to ty. To ta sama kretynka co wcześniej. Któż by pomyślał, że nawet nie umie poruszać się na drodze. A co jakbym cię potrącił? - bałam się. Zadrżałam, kiedy wymówił moje nazwisko. Kompletnie nie wiedziałam kim on jest. Widziałam ciemność. Tylko mogłam go rozszyfrować po jego niskim, męskim głosie.
  -  Pożałujesz – warknęłam i wyrwałam się z jego uścisku.
  -  Do zobaczenia wkrótce, Maja. Widzę, że historia się zatacza... - i właśnie te słowa utknęły w mojej pamięci.





Jaki dupny rozdział. Wiem, że nic jeszcze nie jest jasne. I piszę jakoś po chińsku, ale to ma chyba tak trochę być. Przekonacie się w następnych częściach [...] Już początek szkoły, a tyle nauki, już mam dość. Jeszcze te olimpiady, ale postaram się dać z siebie wszystko. Na szczęście mecz 29 w naszym mieście. Nie wierzę w to :)